Książka - to mistrz, co darmo nauki udziela, kto ją lubi - doradcę ma i przyjaciela, który z nim smutki dzieli, pomaga radości, chwilę nudów odpędza, osładza cierpkości.
Blog > Komentarze do wpisu

we wsi Mużyny

W pierwszych słowach zapisków mych raczej wypada mi przedstawić się wraz z najbliższym otoczeniem moim, co niniejszym czynię: ja nazywam się Żywotny Marian, żona moja Żywotna Apolonia. Z małżeństwa naszego syn Żywotny Tadeusz zrodzony został, a także cztery córki: Jadwiga, Bożena, Halina i Wanda. Zamieszkujemy wszyscy we wsi Mużyny, usadowionej przy niewielkim przemysłowym miasteczku, pomiędzy Łomżą a Kolnem. Przemysł ten polega na masowej wytwórczości urządzeń elektrycznych w zakładach Elpol, gdzie Bogu dzięki tak i w mieście, jak i w naszej wsi ludzie zatrudnienie mają do dziś […] Takoż i ja, i Apolonia moja w Elpolu emerytur dorobilim się, a na dzień dzisiejszy wszystkie dzieci nasze, zarówno córki jak i syn Tadek, posady stałe tamże posiadają.1

Historia Mariana Żywotnego rozbawiła mnie niemal do łez od pierwszej strony. A to za sprawą gwary oraz jego osoby, która niewątpliwie kojarzy mi się z Kazimierzem Pawlakiem, bohaterem filmu „Sami Swoi”.  Jak autorka zasygnalizowała na wstępie, takiego Mariana znamy niemal wszyscy. Ma wiele imion, bywa w różnym wieku, posiada też obie płcie.2 Honorowy, pobożny katolik, a zarazem głowa rodziny, która o wszystkim pragnie decydować, postanawia ze względu na zły stan zdrowia wspominki swoje spisać, by uwiecznić dla potomnych swoje losy. Nie chciałabym zdradzać głównych cech charakteru Mariana, ponieważ one właśnie są kluczem tej powieści. Historia rodu Żywotnych jest opisana tak barwnie, że czytając wielokrotnie wyobrażałam sobie wiernie sytuacje w niej opisane. Konsekwencją tego było głośne wybuchanie śmiechem na przystanku i dziwne spojrzenia stojących tam ludzi. Ale cóż… ja bynajmniej wybuchów tych nie żałuję, bo lektura była przednia. Kto nie czytał, niech żałuje. Idealne książka na poprawę humoru i pochmurne, deszczowe dni, takie jak dziś!

Jak sobie przypominam, ostatnim razem w gościach bylimy z Apolonią jakieś osiem lat temu, na przyjęciu Komunijnym u wnuka mojej siostry. Bratanek, znaczy się, ojciec tego wnuka, a syn Ewki, nie byle jaki chłopak jest. Studia skończył, do miasta wyprowadził się, firmę założył, zaś żona jego, Katarzyna, za przedszkolankę robi. Z rodziny obytej, z dziada pradziada miastowej pochodzi. Jednym słowem, sama śmietanka towarzyska przy stole. Tak się jakoś ułożyło, iże na samym przyjęciu my z Apolonią koło siebie nie siedzieli, lecz po przeciwnych stronach i na dodatek troszku po skosie. Po przyjściu z Kościoła, jak tradycja każe, podano najsampierw rosół z makaronem. I jak się wtenczas Apoloni liść pietruszki do brody przylepił, tak przesiedziała z nim do samiuśkiego końca. Ale nie żeby listek jakiś mały, lecz taki na całą brodę, potrójny, na grubej łodydze! Com na nią spojrzał, to mną febra trzęsła. Ilem się babie znaków nadawał, zachrząkał, nacmokał – a ona nic! Uśmiechała się ino głupawo i kiwała wyondulowanym łbem.3

 

-----------------------------------------------------------------

1) D. Noszczyńska, Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana. Warszawa 2011, s. 7.

2) Tamże, s.5.

3) Tamże, s. 76.

środa, 27 czerwca 2012, bibliotekarkaczyta
Tagi: Noszczyńska

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
avo_lusion
2012/06/27 22:40:08
No nie no, boskie, boskie:) Już sama okładka to mówi:):)
-
2012/06/27 22:41:20
dokładnie :)
-
krainaczytania
2012/06/28 16:44:48
No to się pośmiałaś :-) Lubię takie pozycje, jednak trudno na nie trafiam, niestety.
Lubię czytać Co czytać?